Rok bez pracy – moje przemyślenia.

Dokładnie rok temu ostatni raz byłam w swojej pracy. Rok. To dużo i mało – zależy, z której strony na to spojrzeć. Czuje się jakbym to wczoraj wychodziła z biura, bo jestem w stanie dokładnie odtworzyć , jak wyglądał ten dzień. Biorąc jednak pod uwagę to, ile w tym czasie się wydarzyło i to, jak bardzo zmieniłam się przez ten rok, mam wrażenie, że minęło zdecydowanie więcej czasu. Co się działo przez ten rok? Czy tęsknie za pracą? Czy brakuje mi etatu? Czy nie zasiedziałam się w domu? Czy nie stałam się kurą domową w starym, powyciąganym dresie?

Co działo się od momentu, gdy ostatni raz byłam w pracy? No proste – czekałam na dziecko. Teraz tym dzieckiem się zajmuję. Rok temu nawet nie potrafiłam sobie wyobrazić listopada 2019roku. W głowie miałam tylko wizję porodu, która mnie paraliżowała. Ostatnie miesiące w ciąży starałam się jednak maksymalnie wykorzystać. Robiłam dużo dla siebie, spędzałam czas z przyjaciółmi i odpoczywałam. Naprawdę odpoczywałam. Chyba po raz pierwszy od baardzo dawna mogłam totalnie wyluzować i w spokoju oczekiwać na to, co miało nadejść. Z perspektywy czasu widzę, że był to jeden z najlepszych okresów w moim życiu. Czas oczekiwania na wymarzone dziecko był u mnie dokładnie taki, jaki opisują te wszystkie podręczniki czy programy telewizyjne. Kompletowanie wyprawki, kupowanie tych małych i słodkich ubranek, oglądanie ich, wyobrażanie sobie jak będę ubierać w nie swoją córkę. Czytanie artykułów, dekorowanie pokoiku i masa tych wszystkich stereotypowych rzeczy, które robi przyszła matka.

Spokojnie i w oczekiwaniu – tak właśnie mijał mi czas, aż 7 miesięcy temu pojawiła się nasza córka! I nagle wszystko się zmieniło. I nagle moją “pracą”, moim “etatem” stało się wychowywanie jej, zajmowanie się, dbanie, tulenie. I pierwszy raz w życiu zrozumiałam, co znaczy, gdy masz NAPRAWDĘ poczucie obowiązku i odpowiedzialności. Zawsze tak miałam względem pracy,. Czułam, że coś muszę robić, że mam obowiązek i ponoszę wszelką odpowiedzialność za każdą moją decyzję. I tak było. Czy były to sprawy życia i śmierci, tak naprawdę ważne? No nie. Chociaż wtedy zaprzątały całą moją głowę. Powodowały wiele stresów, nerwów i złych emocji.

Prawdziwie odpuściłam dopiero po 10 kwietnia 2019r. Jakby ktoś zdjął mi ogromny ciężar z ramion, wymazał cały stres i wszystkie negatywne myśli. Oczyściłam głowę i to bardzo. To, co kiedyś wydawało mi się istotne, przestało się liczyć. To, co mnie stresowało, zaczęło być bez znaczenia. Ważne było tylko tu i teraz, z moim dzieckiem. Pierwszy raz w życiu umiałam się skupić na teraźniejszości, trzymając to maleństwo w ramionach. Dopiero wtedy zrozumiałam, że to jest ważne, że teraz dopiero jestem prawdziwie za coś odpowiedzialna. Że od teraz wszystko to, co robię MA ZNACZENIE.

Odkąd sięgam pamięcią, podchodziłam do pracy emocjonalnie. Zbyt emocjonalnie, nerwowo. Stresowałam się, przejmowałam i wszystko brałam do siebie. Moja przełożona często powtarzała mi “to nie jest operacja na otwartym sercu, nie denerwuj się”. A ja nie umiałam inaczej. Dziś wiem, że te moje zachowanie było… bez sensu. Musiałam urodzić dziecko, żeby to zrozumieć. Bo wiecie, jakkolwiek banalnie to nie zabrzmi – dziecko zmienia sposób myślenia, postrzegania wszystkiego, przewartościowuje i nadaje życiu sens. Ckliwe, wiem. Ale prawdziwe. No i w moim przypadku tak się stało. Pisałam o tym tutaj. Jestem spokojniejsza, zdystansowana i do wielu rzeczy mam po prostu większy luz. Myślę, że z pracą byłoby podobnie. Czy tęsknię za pracą? Czy brakuje mi etatu? Ok…napiszę wprost. Nie, nie brakuje. Ale to nie jest tak, że całkowicie o tym nie myślę, odcięłam się i żyję sobie wolna. Tęsknię za ludźmi, zadaniami, byciem zadowolonym, że zrobiło się coś dobrze. Nie tęsknie za nerwami, stresem oraz tym, jaką osobą wtedy byłam. Styczeń 2019r. był jedynym ciężkim momentem, w którym przez chwilę żałowałam, że nie pracuję. Miałam lekki kryzys zawodowy, towarzyski i osobisty. Wtedy pomyślałam, że brakuje mi tego, do czego byłam przyzwyczajona. Ranne wstawanie do pracy, obowiązki służbowe i dom. Brakowało mi poczucia normalności, bałam się nieznanego.

To kim jestem teraz, a to kim byłam jeszcze rok temu, odchodząc z pracy – to zupełnie różne osoby. Oczyściłam głowę. Jestem spokojna, mniej zestresowana i nerwowa. Robię to, co lubię. Spędzam czas, jak chcę i naprawdę nie przejmuję się niczym. Wiem, że to nie będzie trwało wiecznie, ale na razie jest pięknie.

Czy zasiedziałam się w domu? Przez całą swoją ciążą byłam aktywna na tyle, ile mogłam. Spotykałam się ze znajomymi, chodziłam na spacery, do knajp, a 2 dni przed porodem sadziłam kwiaty w ogrodzie. Nie, nie nudziłam się w ciąży. Nie wiem, jak można się nudzić! Mi wręcz brakowało czasu! Do teraz nie przeczytałam wszystkich książek, które sobie założyłam i nie zrobiłam masy zaplanowanych rzeczy. Czasem mam wrażenie, że trochę straciłam ten czas i zastanawiam się, gdzie on uciekł. To wszystko miało trwać dłużej! Po porodzie też nie chciałam odpuszczać. Piękna wiosna i lato sprzyjały temu, żeby aktywnie spędzać czas, razem z córką. I tak robiłam. Jeździłyśmy wspólnie, gdzie tylko chciałam i nadal tak robię. Przyznaję, że jesień skutecznie zabrała mi chęci do większej aktywności, ale walczę z tym. A, co z tym dresem i zaniedbaniem? Kupowałam ładne sukienki, nowe buty i kosmetyki. Wciąż było to dla mnie ważne. Nie chciałam rzucać wymówkami, że mam dziecko, to mogę wyglądać jak lump. Starałam się. Nie będę jednak ściemniać, że tak było cały czas. Bez bicia przyznaję się – miałam czas, że przestałam się malować, wciągałam na siebie byle co, byle wygodnie. Ale dostałam kopa. Zmotywowałam się, żeby znów wyglądać ładniej. Staram się ładnie ubierać, umalować i zrobić coś dla siebie.

Ten rok bez pracy był, a właściwie wciąż jest, bo to trwa – ciekawym doświadczeniem. Potrzebnym. Oczyszczającym i refleksyjnym. Ciąża, oczekiwanie na dziecko i teraz macierzyństwo. To naprawdę najlepszy czas w moim życiu. Najpiękniejszy, który zawsze będę wspominać z nostalgią. Nigdy nie miałam tyle czasu dla siebie i ze sobą. Dla kogoś, kto nie zawsze chce przebywać z innymi ludźmi i czasem lubi tylko swoje towarzystwo, to naprawdę potrzebne i dobre. Wiem, że gdy znów wrócę do pracy, to już z zupełnie innym podejściem, otwarta na nowe zadania, bardziej wyluzowana i jeszcze lepiej zorganizowana.

MOGĄ SPODOBAĆ CI SIĘ:

Dodaj komentarz