Co ze mnie za matka?

Myślę, że nie ja pierwsza i nie ostatnia zadaję sobie to pytanie. Chciałabym wierzyć, że dobra, jednak na efekty muszę poczekać jeszcze z 20 lat. Wtedy zobaczę na kogo wyrosną moje dzieci, czy są dobrymi ludźmi i czy udało mi się je wychować tak, jak bym chciała. Do tego czasu, mogę robić wszystko, żeby tak się stało. Tylko jak? Co robić? Co jest dobre, a co złe? Które metody najlepsze? Skąd mogę wiedzieć, czy to jak się zachowuję i to, co robię jest poprawne? Nie wiem. Zdaję się na intuicję.

W obecnym świecie ludzie mają bardzo dużą tendencję do pouczania innych, prawienia im morałów i dawania złotych rad, nawet gdy o nie nie prosisz. Nie wiem, skąd u innych bierze się przekonanie, że mają prawo mówić Ci, jak masz żyć, jednak robią to bardzo często. A najgorsze zaczyna się, gdy urodzisz dziecko. Wtedy chętnych do dzielenia się swoją wiedzą i “pomocą” nie brakuje. Nagle wszyscy stają się specjalistami od wychowania, rozwoju i dziecięcej psychologii. Nierzadko też Ci, którzy dzieci jeszcze nie mają. Nie, żeby spotykały mnie to jakoś szczególnie często, jednak zdarzało się. A, że jestem osobą, która lubi robić wszystko po swojemu, to wszystkie złote rady działały na mnie jak czerwona płachta na byka.

Już w ciąży słyszałam – “Ty pijesz kawę?”. No piłam. Zwykłą, latte, białą – taką, na jaką akurat miałam ochotę. Nie zaczęłam nagle radykalnie zmieniać swoich przyzwyczajeń, sposobu życia czy jedzenia. Zapominałam o witaminach i zdarzało mi się jeść niezdrowe burgery. Zachowywałam się normalnie, bez wariacji. Wiadomo, że nie skusiłam się już na kieliszek wina czy rundkę po barach, ale starałam się znaleźć umiar i mieć zdrowe podejście.

Gdy karmiłam córkę, powtarzało się – “tego nie jedz, “chyba nie będziesz jadła smażonego”, ” to zaszkodzi dziecku”. Gdy zagubiona, niedoświadczona i przerażona słuchałam innych, stresowałam się, co odbijało się na dziecku, które nie chciało współpracować. Z czasem odpuściłam i zaczęłam robić tak, jak czułam. Zaczęłam żyć, zachowywać się tak jak przed ciążą. Przestałam się spinać, nie wywróciłam swojego życia do góry nogami i nie zmieniłam swojego sposobu żywienia na jałowo-bezsmakowe. Efekt? Córka zaczęła być spokojna, współpracująca.

Nie czerpię wiedzy ze specjalnych poradników o wychowywaniu dziecka. Kupiłam taki, ale nie przeczytałam. Niespecjalnie słucham porad psychologów i nie wychowują dziecka zgodnie z żadnymi nowoczesnymi metodami pedagogów czy różnego rodzaju specjalistów. Oczywiście, gdy coś budzi moją wątpliwość – szukam informacji, ale nie są one dla mnie jedynym i słusznym drogowskazem, jak wychowywać dziecko. Nie karmiłam swojej córki piersią do 2rż. Nie spałam z dzieckiem w jednym łóżku. Nie nosiłam jej w chuście. Wiem, że teraz niektóre matki mogą łapać się za głowę, wzdychać i myśleć sobie – co za matka! Nie kocha swojego dziecka, nie daje mu bliskości! Zła, niedobra, na stos z nią!

Nie wymyślam codziennie nowych kreatywnych zabaw, które mają wspierać rozwój malucha, no bo to nie do końca w moim stylu. Nie robię córce żadnych zabawek samodzielnie, bo nie potrafię i nie chce mi się. Pozwalam jej się brudzić, nie przeszkadza mi bałagan. Czasem je samodzielnie, a gdy mi się spieszy – karmię ją łyżeczką. Nie stroję jej specjalnie do zdjęć (jeśli na jakimś ładnie wygląda, to naprawdę tak jest ubrana i po prostu jest ładnym dzieckiem:D). Jak mam chęć ubieram ją w specjalnie szytą sukienkę i nie przeszkadza mi, że jest później cała w sosie pomidorowym. A jak nie mam nastroju, to nosi brudne body, bo plamy nie zeszły w praniu. Nie zapisałam jej jeszcze na kurs programowania, angielski czy karate. Nie sprawdzam, czy córka/syn mojej koleżanki już chodzi/mówi i załatwia się do nocnika i nie porównuję ich do mojego dziecka. Gotuję dla Malutkiej sama, ale zdarzyło mi się podać słoiczek. Nie wybieram jedynie produktów z ekologicznych upraw, ale mamy swojskie, wiejskie warzywa i jaja. Zostawiam ją z dziadkami i nie uważam, że robię jej tym samym krzywdę i, że będzie miała traumę do końca życia. Córka bawi się plastikowymi, grającymi i brzydkimi zabawkami ( co zrobić, jak takie lubi). Nosi pieluchy jednorazowe (zwykłe, tradycyjne, nie EKO!). Szacunek dla mam, które wolą prać wielorazowe. Używa smoczka, którego nie dezynfekuję za każdym razem, gdy upadnie na ziemię. Nie myję jej maniakalnie rączek i pozwalam, by nasze psy ją lizały. I nie zawsze zakładam czapeczkę!!!

Zatem, co ze mnie za matka? Nie wiem, wydaje mi się, że normalna. Zależy mi na dobru mojego dziecka i robię wszystko, żeby była szczęśliwa. Staram się na tyle, ile potrafię i chcę. Ale wszystko w granicach rozsądku i mojego zdrowia psychicznego. Szczęśliwa mama, to szczęśliwe dziecko. I choć banalne, tak bardzo prawdziwe.

Nie podaję dziecku parówek, monte-sronte i innego syfu ze sklepu. Nie ogląda jeszcze bajek (chociaż czasem fajnie by było, jednak kompletnie jej nie interesują:D). Nie ograniczam jej – pozwalam jej doświadczać i poznawać świat na tyle, ile chce (w granicach bezpieczeństwa). Nie podaję jej słodyczy, ale oczywiste jest, że kiedyś dostanie Jajko Niespodziankę ( co to za dzieciństwo bez Jaja?:D). Córka ma stały rytm dnia, bo tak mi wygodnie. Ale nie mam problemu, żeby go zmieniać, gdy mam plany i chcę wyjść. Mam alergię na sepleniące, ciamkające matki, które wydają dziwne dźwięki, gdy mówią do dziecka. Ja “rozmawiam” z córką normalnie. To znaczy, że u nas smoczek jest smoczkiem, a nie “mokiem”, “śmokiem”, “ćmokiem”, czy jakkolwiek inaczej można go nazwać.

Wiele razy zastanawiałam się, co ze mnie za matka, gdy obserwowałam inne kobiety i matki w mediach społecznościowych. Może nie wszystko robię dobrze? Może za mało się staram? Może za mało się poświęcam? Może za mało kocham swoją córkę? Co ze mnie za matka, skoro wychodzę na miasto z koleżankami? Co ze mnie za matka, że zostawiam dziecko, by wyjść wspólnie z mężem? Co ze mnie za matka, skoro każdego dnia nie wymyślam nowych edukacyjnych zabaw, wspierających rozwój dziecka? NAJLEPSZA dla swojego dziecka.

I wreszcie dotarłam do momentu, w którym widzę, że naprawdę tak jest. Mam złe myśli, wątpliwości i zdarza mi się czuć gorszą mamą od innych, ale trwa to chwilę. Do momentu, gdy widzę, że to, co robię jest dobre i przynosi efekty. Córka jest radosnym, szczęśliwym i raczej bezproblemowym dzieckiem. Nie płacze, śpi całe noce ( mieliśmy lekki 1,5 tygodniowy kryzys, który został zażegnany!), je z apetytem. Jest zdrowa i rozwija się prawidłowo. Nie ma lęków, “mamozy” i nie boi się zostawać z dziadkami. Nie piszę tego po to, żeby się chwalić, tylko po to, że mam taką myśl – im bardziej się spinamy, chcemy być idealni i lepsi od innych, tym gorzej. Ja mam po prostu luz, bo próbuję zachować równowagę. Sądzę, że mi wychodzi.

Dodaj komentarz