Czy pracowałabym, gdybym nie musiała?

Jeszcze ze 2 lata temu chęć robienia kariery, rozwijania się, zdobywania kolejnych stopni drabiny zawodowej czy praca w wielkiej korpo byłyby spełnieniem moich planów i marzeń. Jak jest dzisiaj? Czy gdyby nagle moja sytuacja finansowa stała się tak świetna, że nie musiałabym już dłużej rzucać się w wir pracy, to czy rzeczywiście zdecydowałabym się na jej porzucenie?

Zacznijmy od początku.

Daleko mi do feministki, ba ja chyba nawet za nimi nie przepadam! Wolę dostawać kwiaty niż móc pracować w kopalni :). Jednak zawsze byłam zdania, że kobieta powinna być niezależna finansowo od swojego chłopaka czy męża. Nie oznacza to, że chciałabym płacić na randkach, jednak posiadanie własnych pieniędzy to niewątpliwie komfort psychiczny, ale też swego rodzaju wysokie poczucie własnej wartości, że nie musisz się o nie prosić.

I tak jest ze mną – lubię mieć własne pieniądze, lubię być niezależna. Ale ostatnio zrozumiałam, że jest coś, co lubię jeszcze bardziej – moje życie, zainteresowania i moje marzenia.

Odkąd pamiętam dążyłam do tego, żeby móc zapewnić sobie dobry, spokojny byt. Byłam do tego przyzwyczajona i za nic nie chciałabym z tego zrezygnować. Życie zweryfikowało jednak, że czasem może być to trudniejsze niż mi się wydaje. Odkąd pamiętam chciałam mieć dobrą pracę, dobrą pensję i satysfakcję zawodową. Kiedyś na liście moich życiowych celów było to naprawdę wysoko.

Co się zmieniło? Nie wiem.  Jednak dzisiaj patrzę na to wszystko nieco inaczej. Kiedyś w głowie mi się nie mieściło, że kobiety mogą chcieć zostać w domu i świadomie nie pracować. Nie rozumiałam tego, było to dla mnie nie do pomyślenia. Jak tak można? Czy ona nie chce się rozwijać? Nie chce codziennie rano wstawać, jechać do  biura i pracować nad ciekawym projektami? Przyznaję bez bicia, że wtedy uważałam, że takie kobiety są mało ambitne, co kwalifikowałam jako dużą wadą.

Pracuję dużo. Pisałam o tym więcej w tym tekście. Tam pojawił się taki fragment: “Pracuję po to, żeby żyć (nie egzystować), a nie żyję po to by pracować. Oznacza to, że wszystko, co robię jest jedynie sposobem do zrealizowania moich marzeń i planów, nie zaś wartością samą w sobie. Wiem, po co haruję jak wół. Nie sprawia mi to przecież satysfakcji, ale daje pieniądze – i to jest chyba kwintesencja wszystkiego i początek mojej odpowiedzi na pytanie zawarte w temacie.

 

 

Lubię ludzi, z którymi pracuję i moją obecną pracę, chociaż wiele jej aspektów wymagało by jeszcze poprawy. Jednak gdyby ktoś stanął przede mną i powiedział, że od jutra nie muszę już do niej chodzić, bo jestem bajecznie bogata, to myślę, że z łatwością bym z niej zrezygnowała i nie szukałabym nowej.

Ostatnio pierwszy raz wypowiedziałam na głos tę myśl – że gdybym nie musiała, to prawdopodobnie przestałabym pracować w trybie pełnoetatowym. Usłyszałam wtedy pytanie: i co byś robiła? Nie nudziłabyś się? Moja odpowiedź to: NIE. Uświadomiłam sobie, że mam tyle zainteresowań, planów, pomysłów na spędzanie czasu wolnego i marzeń do zrealizowania, że nie nudziłabym się ani przez chwilę. Niestety teraz brakuje mi na to wszystko czasu.

Nigdy w życiu nie podejrzewałabym siebie o to. Przecież kobieta pracująca to wartość sama w sobie. Przecież kariera, rozwój, moja ambicja, dążenie do lepszych stanowisk, korporacja, projekty…i tak dalej, i tak dalej. Co z tym? Czy to oznacza, że jestem nijaka, leniwa i nie chcę wspinać się jeszcze wyżej? No właśnie, cholera jasna, chyba nie. Po prostu chyba bym już tego nie potrzebowała.

Nie jestem matką, chociaż pewnie niedługo będę. Zmiana mojego toku myślenia nie wynika zatem z powodu założenia rodziny. To kiełkowało we mnie już jakiś czas aż w końcu podzieliłam się tym z moją przyjaciółką. W trakcie jednej z naszej rozmów powiedziałam jej “wiesz, co? Ja już chyba nie chcę tej całej kariery. Nie potrzebuję tego. Chciałabym żyć sobie po prostu spokojnie”.  Doszłam do tego etapu bardzo szybko. Zazwyczaj spotyka on ludzi wypalonych pracą w wielkich korporacjach, którzy sprzedają mieszkania w miastach i uciekają z dala od niego. Ja chcę tego już teraz. Mam pomysł i plan życia na siebie inny niż codzienne wstawanie rano, przebijanie się w korkach do biura i spędzanie 8 godzin przy kompie. Gdybym nie musiała tego robić, nie tęskniłabym za tym. Nie musiałabym już sobie nic udowadniać. Nie musiałabym zaliczać kolejnych szczebli drabiny zawodowej. Nie potrzebowałabym łechtać swojej ambicji i zdobywać nowych stanowisk, klientów i projektów.

Wiele kobiet chciałoby zostać w domu, żeby mieć czas dla swojej rodziny. Kiedyś pewnie pomyślałabym “co za kobieta chce zajmować się tylko domem i dziećmi, przecież to słabe”. Dzisiaj ją rozumiem. Sposób, w który żyję obecnie nie sprzyja więzom rodzinnym ani przyjacielskim. Jestem nieustannie w pędzie, na nic nie mam czasu i ciągle gdzieś się spieszę. Mam wyliczoną każdą godziną i zaplanowany każdy dzień. Jestem zestresowana, a kolejne tygodnie zlewają mi się w całość. Naprawdę rozumiem te kobiety, które chciałyby nie pracować i móc zostać w domu, z różnych powodów. Rozumiem je, bo chciałabym tego samego.

Mogłabym pracować na 1/4 etatu, żeby nadal robić to, co sprawia mi przyjemność. Jednak poczucie, że wcale nie muszę tego robić, że robię to, bo CHCĘ byłoby czymś niezwykle cudownym.

Dotarłam do etapu, w którym rozumiem różne typy kobiet, bo różne z nich znam. Jedna z moich najbliższych przyjaciółek to dziewczyna cholernie ambitna, dążąca do realizacji swoich celów i mierząca bardzo wysoko. Wiem, że osiągnie w życiu bardzo dużo, bo nigdy się nie poddaje i jest przyzwyczajona do nieustannej pracy nad sobą. Kiedyś miałam tak samo jak Ona, dzisiaj moje podejście trochę się zmienia. Inna z kolei to ktoś, kto już jest bardzo wysoko, a wydaje się jakby nie to było dla niej najważniejsze, ale właśnie stabilność, spokój codziennego życia i proste, małe rzeczy. Zazdroszczę jej, bo ja tego też potrzebuję. Nie wysokie pozycje, projekty i zawrotna kariera, a czas z rodziną, spotkania z przyjaciółmi, moje zainteresowania i plany osobiste.

Czy pracowałabym, gdybym nie musiała? Odpowiedź brzmi: nie, żyłabym po swojemu.

Dodaj komentarz