Organizacja ślubu z perspektywy czasu

To, że dzień naszego ślubu był jednym z najpiękniejszych w całym moim życiu, to już wiecie. Jednak ja również bardzo lubiłam cały ten czas “przed”. Przygotowania, organizacja i planowanie sprawiały mi ogromną radość i strasznie mi tego brakuje. Bardzo żałuję, że ślub ma się raz w życiu, bo to naprawdę świetna sprawa i polecam każdemu.

Jak u nas wyglądała organizacja ślubu i wesela? Ile czasu nam to zajęło? Czego żałuję? Czy coś zrobiłabym inaczej?

Zacznijmy od tego, że lubię mieć wszystko poukładane, zaplanowane i dopięte na ostatni guzik. Nienawidzę robić rzeczy na ostatnią chwilę, więc możecie domyślać się, że podobnie wyglądała kwestia organizacji naszego wesela. Planowanie trwało długo, było spokojne i dokładnie przemyślane. Nic nie było przypadkowe i teraz myślę, że może za bardzo się tym wszystkim przejmowałam.

DATA ŚLUBU

Jedyna rzecz, która była  całkowicie przypadkowa. Jedno wiedzieliśmy na pewno – ślub musiał odbyć się wiosną.

SALA WESELNA

Nie jeździliśmy w poszukiwaniu żadnej sali, bo nasz wybór był jednomyślny i zapadł jeszcze na długo przed ustaleniem daty ślubu. W trakcie jednego z obiadów rodzinnych trafiliśmy do restauracji Siedem Drzew i to miejsce od razu skradło moje serce. Z dala od zgiełku miasta, z parkiem botanicznym przy sali, z pięknym wykończeniem budynku z cegły oraz drewna – to wszystko sprawiło, że wiedziałam, że to jest TO miejsce. Wtedy powiedziałam, że to właśnie TUTAJ zorganizuję swój ślub (gdy to mówiłam, to chyba sama jeszcze w to nie wierzyłam:)). 2 lata później rzeczywiście tak się stało.

Siedem drzew było wtedy dla mnie miejscem idealnym i drugi raz podjęłabym decyzję o organizacji ślubu właśnie tutaj Składa się na to kilka czynników.

Przede wszystkim wystrój, o którym pisałam wcześniej idealnie wpisał się w taki klimat, który jest mi bliski i, na którym mi zależało. Poza tym: jedzenie i obsługa. Można by powiedzieć, że jedne z najważniejszych czynników. Bywaliśmy już tutaj, jedliśmy, więc wiedzieliśmy, że o jedzenie i jego jakość nie musimy się martwić – jest pysznie. O profesjonalnej obsłudze kelnerów i Pani menadżerki przekonaliśmy się później. Troska o nasze potrzeby, spełnianie każdej naszej zachcianki i podejście do nas, jako pary było tym, co zaimponowało mi niejednokrotnie.

Pamiętam, gdy w stresie i panice zaczęłam pisać nerwowe maile do Pani Menadżer, po raz kolejny przypominając jej o naszych ustaleniach. Po prostu musiałam mieć pewność, że wszystko mam pod kontrolą i nic nie zostanie zrobione inaczej niż bym tego chciała. Otrzymałam taką odpowiedź:

Pani Kasiu, wszystko jest pod kontrolą i będzie tak jak należy – wiem, że “łatwo
to powiedzieć”, ale często moje Panny Młode po weselu mówią, że jednego tylko
żałują – właśnie stresu, który okazał się zupełnie niepotrzebny, a nie pozwolił
w pełni cieszyć się tym dniem 😉 A jeśli ktoś powinien najeść się i wybawić na
własnym weselu to właśnie Młoda Para, prawda?

Jesteście Państwo “w rękach” profesjonalistów – bez obaw!

Pani Emilia miała całkowitą rację. Po tej wiadomości wyluzowałam i odpuściłam. Pierwszy raz zaufałam innym całkowicie, pozwoliłam im działać bez żadnej mojej kontroli. I wiecie, co? Wszystko było idealnie, a ja poczułam jakby ktoś ściągnął mi ogromny ciężar z ramion!

KOŚCIÓŁ

Jestem nadgorliwa i w gorącej wodzie kąpana, dlatego dosyć szybko chciałam mieć załatwione kwestie z ustaleniem daty w kościele. Pamiętam, że gdy poszliśmy umówić swój termin powiedziano nam, że jesteśmy bardzo szybko, bo kalendarz na 2017r. nawet nie został jeszcze stworzony. Później okazało się, że datę zarezerwowaliśmy na tyle wcześnie, że wynikły z tego zabawne zdarzenia.

Po pierwsze pewnego dnia spanikowałam, że kościół zapomniał przepisać naszą datę ślubu ze starego kalendarza. Naprawdę byłam przekonana, że nasz termin mógł wypaść z terminarza kościelnego. Cały następny dzień próbowałam dodzwonić się do biura parafialnego, żeby potwierdzili mi, że na pewno nasz ślub jest wpisany na 19.05.2017r. Chciałabym zobaczyć miny osób, gdy pytałam je o to przez telefon.

Nasz ślub wypadał w piątek, tuż przed I komunią dzieci. Gdy ksiądz proboszcz połączył te fakty było już za późno na zmianę ( prawie dostałam zawału, gdy zapytał – kto wyraził Wam zgodę na ten termin? Przecież to piątek przed komunią, mamy spowiedź dla dzieci pierwszokomunijnych i nic nie powinno się wtedy odbywać). Na szczęście skończyło się na tym, że po wyjściu z kościoła czekała na nas naprawdę duuuuuuża liczba dzieci ( to trochę paradoks, biorąc pod uwagę fakt, że organizowaliśmy ślub z zastrzeżeniem, że jest on bez dzieci).

Organizowanie ślubu z perspektywy kościoła było naprawdę przyjemną i prostą sprawą. Być może wynikało to ze specyfiki naszej parafii, ponieważ nie mieliśmy w tej kwestii żadnych problemów. Wszystko poszło sprawnie i szybko. Każdemu, kto decyduje się na ślub kościelny życzę takich księży i takiego podejścia!

KLIMAT ŚLUBU

Już we wpisie ślubne inspiracje (zwróćcie uwagę, że powstał on prawie 1,5 roku przed ślubem. Tak już wtedy zaczęłam organizowanie!) pisałam, że nie lubię sztywnych, wystawnych i brokatowych wesel. Od początku miałam jedno zamierzenie w głowie: chciałam, żeby nasi goście czuli się swobodnie, a całe przyjęcie było luźne, bez spiny i nadęcia.

Uwielbiam naturalny wystrój; drewno, cegła i dużo roślinności – to moje klimaty. Taki miał być też nasz ślub – luźny, naturalny. Początkowo chciałam osiągnąć styl bardzo boho, ostatecznie wyszło coś pomiędzy elegancją i rustykalnym klimatem – to wszystko dzięki dodatkom, zaproszeniom i dekoracjom – o tym później.

Naszym kolorem przewodnim była marsala, który doradziła nam Natalia z Manufaktury Ślubnej, odpowiedzialna za wszystkie najpiękniejsze elementy na weselu 🙂 O Manufakturze Ślubnej też będzie później, bo grzechem byłoby o niej nie wspomnieć! Kolor ten pojawił się we wszystkich elementach dekoracyjnych.

SUKNIA ŚLUBNA

To był dla mnie najgorszy punkt z całej listy. Poszukiwania sukni ślubnej nie były dla mnie przyjemnością. Spotykałam się z tragicznym podejściem ekspedientek w salonach sukien ślubnych i po odwiedzeniu kilku powiedziałam sobie DOŚĆ. Nic na mnie nie pasowało, nic mi się nie podobało. Stwierdziłam, że najlepiej zrobię, jeśli po prostu uszyję sobie suknię od podstaw. Tak też zrobiłam. Pojechałam do pracowni sukien ślubnych, którą polecało mi kilka osób i tam powstała moja sukienka. Chociaż za pierwszym razem, gdy powiedziałam kiedy mam ślub, poproszono mnie, żebym wróciła za kilka miesięcy, bo jeszcze dużo czasu (ot, moja nadgorliwość!). W głowie miałam jedno i to powiedziałam już na wejściu – ma być skromnie, nieświecąco, bez brokatu, kryształków i fałd materiałów. I chyba to się udało. Suknia to w 100% mój projekt i czułam się w niej naprawdę dobrze. Wiedziałam od razu czego chcę, co mi się podoba, chociaż zdarzyły mi się chwilę zwątpienia. Krawcowa stwierdziła, że jestem klientką idealną. Wystarczyły 3 przymiarki, odbiór chwilę przed ślubem i gotowe! (Do teraz nie wystawiłam jej na sprzedaż, żal mi!).

Co prawda, chciałam zmienić projekt w trakcie jej powstawania, jednak było na to za późno. Może i dobrze, bo gdybym ostatecznie zrobiła rękawy 3/4, to bym się ugotowała! Pogoda nam dopisała:)

DJ

DJ czy zespół? Zdania zawsze są i będą podzielone. Dla mnie wybór był oczywisty – DJ. Wszystko dlatego, że wiedziałam od razu, kto do tej roli będzie najlepszy. Kamil, mój kolega ze studiów, to człowiek orkiestra. Gdybym nie miała takiego “pewniaka” być może wzięłabym pod uwagę orkiestrę, jednak w naszej sytuacji nie było o tym mowy. Nasi rodzice i rodzina, gdy o tym usłyszeli mieli mieszane uczucia, do momentu gdy poznali Kamila. Po weselu wiele osób podchodziło do nas i mówili, że Kamil (Dj Sikor) był świetny. Niewątpliwie rozkręcił imprezę, zapewnił gościom rozrywkę i był wspaniałym wodzirejem – cała orkiestra w 1 osobie 🙂

GOŚCIE WESELNI

Zdecydowanie najlepsi :). Od samego początku byliśmy zdania, że nie zapraszamy nikogo “bo wypada”. Na ślubie była nasza bliska rodzina i najbliżsi przyjaciele. Nie chcieliśmy zapraszać przypadkowych osób, tylko po to, żeby zapełnić listę gości. Nie mieliśmy listy rezerwowej, bo jej nie potrzebowaliśmy. Nie rozumiem zapraszania na ślub osób, z którymi na co dzień nie mamy kontaktu.

Zaproszenia wysyłaliśmy lub wręczaliśmy osobiście około 5 miesięcy przed ślubem i wydaje mi się, że było to rozsądne, biorąc pod uwagę, że braliśmy ślub w piątek.

DEKORACJE I DODATKI

Zdecydowanie najprzyjemniejsza część :). Wybór dekoracji i dodatków ślubnych to była całkowicie moja działka, której oddałam się bez reszty. Chciałam, żeby całość pasowała do klimatu wesela oraz sali weselnej. Drewno, świeże kwiaty i naturalny wystrój – na tym mi zależało. Nieoceniona okazała się pomoc Natalii z Manufaktury Ślubnej. Początkowo chciałam skorzystać z jej usług tylko z zakresu papeterii, jednak cuda, które tworzy przekonały mnie, że nie warto oszczędzać.

Natalia stworzyła nam zaproszenia, winietki, karty menu, kompozycje kwiatowe oraz dekoracje stołu. Całość utrzymana była w naszym kolorze marsala, a jednocześnie nawiązywała do rustykalnego stylu. W pracy z Natalią podobało mi się, że nie musiałam za dużo mówić, doskonale wiedziała, czego chcę. Nie wiem czy wszystkie wedding plannerki tak mają dzięki swojemu doświadczeniu, ale ona całkowicie mnie rozumiała. Dlatego zaufałam jej w całości. To była jedna jedyna rzecz, której nie miałam potrzeby kontrolować. Wiedziałam, że będzie pięknie. Wystrój sali zobaczyłam dopiero w dniu ślubu i nie zawiodłam się. Było tak jak chciałam. Prosto, skromnie, naturalnie, ale elegancko.

Kilka dodatków zamawiałam też na aliexpress, a część miałam zamiar wykonać własnoręcznie. Niestety udało mi się wspólnie z przyjaciółką stworzyć tylko świeczniki zdobione jutą i koronką. Do innych rzeczy zabrakło mi zdolności manualnych :).

Skrzynkę na koperty oraz pudełeczko na obrączki wykonywałam na zamówienie z drewna – koszt był wysoki, jednak nie mogłam się powstrzymać! Upominki dla gości (drewniane magnesy, mamy fioła na punkcie magnesów!!!) również robiłam na specjalne zamówienie.

 

CZEGO ŻAŁUJĘ?

Na pierwszym miejscu – STRESU. Nie da się go uniknąć, wiem o tym. Jednak gdybym mogła cofnąć czas, to zredukowałabym go do minimum. Nie warto się stresować, bo ostatecznie i tak wszystko się udaje. Szczególnie, jeśli masz dookoła siebie tyle życzliwych ludzi, którzy pomagali Ci na każdym kroku.

Żałuję mojej fryzury ślubnej i tego, że trochę ją odpuściłam. Gdy po fryzurze próbnej nie wyszła ona tak jak bym chciała, powinnam ją zmienić. Nie zrobiłam tego i w efekcie po wyjściu z kościoła całość nie prezentowała się już tak ładnie. W ogóle zamierzony efekt nie przypominał tego, co chciałam uzyskać, czyli lekkich naturalnych fal, ale… w trakcie wesela w ogóle nie zwracałam na to uwagi. Przeraziłam się na fotkach.

Żałuję braku kamerzysty. Stwierdziliśmy, że sam fotograf nam wystarczy i, że ewentualnie znajomi coś nagrają ( moja dobra koleżanka, pozdrawiam Zuza, jest maniakiem kręcenia filmów na naszych wspólnych imprezach i pokładałam w niej nadzieję:D). Powiedziała mi jednak, że nawet nie myślała o wyciąganiu telefonu, że jakoś o nim zapomniała. Biorę to za dobry znak, że musiała się świetnie bawić! To w sumie jest dla mnie najważniejsze. Ale drugim razem w ogóle bym się nie zastanawiała i wzięła całą grupę filmowców.

Żałuję, że wesele trwało tak krótko. Przynajmniej połowa gości wróciła do mnie z informacją, że szkoda, że tak szybko się skończyło, bo bawili się świetnie i chętnie jeszcze by zostali. To był miód na moje uszy! Takie wiadomości mnie uskrzydlały, bo oznaczały, że naprawdę im się podobało!

Powtarzam po raz kolejny, że dzień ślubu był do tej pory jednym z najlepszych w moim życiu. Wszystko było tak jak sobie wymarzyłam. Wszystko poszło po mojej myśli i chętnie powtarzałabym ten dzień i ślubne przygotowania, co jakiś czas. Dałam sobie na to naprawdę dużo czasu, żeby wszystko było idealnie. Z moim charakterem nie umiałam inaczej. Nie potrafiłabym czegoś robić na szybko i na ostatnią chwilę, a już na pewno nie organizować ślub!!! I tak przez 1,5 roku na spokojnie przygotowywałam się do tego, kupowałam i załatwiałam po kolei wszystko, czego potrzebowałam. Na spokojnie, bez nerwów. Miałam wszystko tak dopięte, że chwilę przed ślubem nie pozostało już nic do zrobienia :). Taka moja natura, chociaż przyznaję, że Marcin dostawał szału. Gdy mówiłam do niego “zostało tylko X czasu do ślubu”, on do mnie “to dużo czasu jeszcze”. Jesteśmy totalnymi przeciwieństwami, dlatego większość spraw wolałam załatwiać “po mojemu”.

Rozkładanie organizacji w czasie pozwala też rozsądnie rozplanować koszty i rozłożyć je na dłuższy czas – taka drobna uwaga, jeśli podobnie do mnie jesteście oszczędnościowymi freakami!

Moja rada dla przyszłych Panien Młodych: pamiętajcie, że to ma być WASZ dzień. Nie stresujcie się, tylko cieszcie nim maksymalnie.  Wierzcie mi, że nikt nie zauważy ewentualnych, drobnych niedociągnięć. Goście weselni nie zwrócą na to uwagi. To Wasza rodzina i bliscy przyjaciele, którzy przeżywają ten dzień razem z Wami. Zapamiętajcie każdą chwilę z tego dnia, bo trwa on tylko chwilę…

 

Dodaj komentarz