Matka na wychodnym

To już 6 tygodni, gdy jestem Mamą! Nie mogę w to uwierzyć za każdym razem, gdy wypowiem to na głos. Nawet, gdy patrzę na nasza malutką córkę, to wciąż tak jakoś nie dowierzam, że ona jest tutaj z nami i będzie już na zawsze. Chociaż mam wrażenie, że ona jest z nami o wiele, wiele dłużej, to wciąż dostrzegam to, jak zmieniło się nasze życie. Niby jest inaczej, trochę trudniej, mniej beztrosko, ale jednak… to wszystko wydaje się być jak najbardziej właściwe. Czuję, że tak właśnie powinno być i, że teraz nasz dom jest bardziej kompletny. Pomimo pewnych wyrzeczeń, które są oczywiste w przypadku posiadania dziecka, to jakoś wciąż ogarniamy te nasze życie :). Jasne, że nie wygląda ono tak, jak do tej pory. Teraz naszym priorytetem jest ta malutka dziewczynka i to dla niej i z myślą o niej robimy wszystko. Nasze priorytety nie zmieniły się, bo zawsze stawialiśmy naszą rodzinę na pierwszym miejscu, jednak teraz jeszcze bardziej skupiamy się na tym, co dla nas najważniejsze. Jednocześnie, nie zapominając o sobie.

Jeszcze będąc w ciąży nieustannie zastanawiałam się, jak to będzie i czy dam radę realizować wszystko to, co sobie zaplanowałam. Nie ukrywajmy – to matka ma najtrudniejszą rolę do odegrania, ponieważ to ona najczęściej zostaje w domu sama z dzieckiem. Tak też było w naszym przypadku. To mnie przerażało najbardziej, ponieważ od zawsze byłam bardzo aktywna i bałam się tego, co dziecko mogłoby zmienić. Od samego początku miałam pewne wyobrażenie swojego macierzyństwa oraz tego, jak chciałabym żeby wyglądało nasze życie z malutką.

Po pierwsze – nie zamknąć się w domu. To był mój cel, ponieważ wiem, że wiele mam po urodzeniu dziecka, przestaje wychodzić i skupia się tylko na pieluchach. Szanuję to, bo każdy ma prawo do podejmowania swoich decyzji. Wiedziałam jednak, że to nie jest dla mnie. Niestety przez pierwsze tygodnie rzeczywistość okazała się zupełnie inna, a moje postanowienie zostało bardzo mocno zweryfikowane. Siedziałam w domu, naprzemiennie przebierałam i karmiłam córkę, a jednocześnie w mediach społecznościowych widziałam jak moi znajomi bawią się i imprezują. Możecie domyśleć się tego, jak się czułam i jak pewnie czuje się większość matek w takiej sytuacji. Nie brakowało mi imprezowania, tylko poczucia “normalności”. I chociaż pierwsze tygodnie nie były odzwierciedleniem tego, co sobie zamierzyłam, to powoli zaczęłam to zmieniać. W końcu jeszcze w ciąży głośno mówiłam, że “dziecko nie zmieni mnie, jako osoby i nie sprawi, że dostanę pieluszkowego zapalenia mózgu”. Musicie zrozumieć, co mam na myśli – uwielbiam moją córkę, ale jednocześnie myślę, że posiadanie dziecka nie musi aż tak bardzo wykluczyć Cię z dotychczasowego życia. Zaczęliśmy od małych kroczków.

Czyli od krótkich codziennych wyjazdów w trakcie majówki. Mała poznała swoich wujków i ciotki, a jednocześnie towarzyszyła nam w trakcie spotkania z przyjaciółmi. Za pierwszym razem bałam się jak cholera! No, bo jak ogarnę karmienie? Jak z przewijaniem? Co jak zacznie płakać? Tyle tych rzeczy trzeba brać…czy w ogóle opłaca się jechać gdziekolwiek? Te wszystkie myśli kotłowały mi się w głowie, a jednocześnie tak bardzo chciałam jechać i wyjść do ludzi! Dom to bezpieczne miejsce. Tu jest komfortowo, spokojnie. Tu są pieluchy na wyciągnięcie ręki, możesz wywalić cycka siedząc na kanapie i nie martwić się, gdy nie będziesz mogła uspokoić jej płaczu. Ale wielokrotnie powtarzam – w życiu nie chodzi o to, żeby było tylko komfortowo i przewidywalnie. Trzeba wychodzić ze swojej strefy komfortu. W tamtej chwili moją strefą komfortu było siedzenie w domu. Bo czułam się niepewnie w nowej roli, tak po prostu. To nic, że był obok mój mąż i jechaliśmy do naszych przyjaciół. Moja samoocena, jako matki, była na dnie.

Okazało się, że taki krótki wyjazd to, co prawda nie lada wyzwanie logistyczne, ale dał mi porządnego kopa. Mój mąż, gdy wracaliśmy do domu, powiedział mi, że widać jaka jestem zrelaksowana i szczęśliwa! A malutka? Była grzeczna, spokojna i bardzo współpracująca. Zaczęłam jej ufać! Potem przyszedł czas na wspólne wyjście na obiad, do knajpy czy na kawę. Gdzie mogliśmy – tam ją zabraliśmy. Oczywiście, że nie weźmiemy jej do pubu, ciasnej restauracji czy do miejsca, które po prostu nie jest przystosowane do małego dziecka. Ale chcemy, żeby była z nami tam, gdzie to możliwe. Jesteśmy rodziną, więc spędzamy czas razem, co wcale nie oznacza, że musimy rezygnować z siebie ( o tym dalej!). Kolejny powód do obaw – KARMIENIE w miejscu publicznym. Część z Was zna moje zdanie w tej kwestii, a jeśli nie to zapraszam do wpisu: Drogie Mamy – kilka słów do Was, dlaczego czasem mnie wkurzacie. W skrócie – nie jestem za tym, żeby kobiety bez krępacji wywalały swoje piersi w miejscach publicznych. Karmienie dziecka – oczywiście tak, ale dyskretnie, przykrywając się pieluszką :). I musiałam to zrobić pierwszy raz! I wiecie, co? Ogarnęłam to! Jedząc bezę Pavlova, pijąc kawę, nakarmiłam malutką i na pewno nikomu nie przeszkadzałam i nikogo nie gorszyłam. Jeśli ja to ogarnęłam, to każdy może!

Do tej pory wspominałam tylko o naszych wyjściach rodzinnych, razem z dzieckiem. Ale, co z tymi we dwójkę? Co z czasem tylko dla mamy? To też mamy już za sobą :). Niedawno udało nam się wyjść z przyjaciółmi na kolację. Krótko, ale jednak! To był nasz pierwszy raz, więc myślami byłam z córką, która została z moją mamą. Sądziłam, że będę bardziej się stresować, ale wiedziałam, że córka jest pod dobrą opiekę. Miałam lekki wyrzut sumienia, że ją zostawiam i wykorzystuję do tego najbliższych tylko po to, żebym ja mogła się bawić. Ale ciąża i krótki czas macierzyństwa nauczyły mnie jednego – nie odmawiaj pomocy, którą ktoś Ci oferuje. Kiedyś się za nią odwdzięczysz, ale doceń to, że masz kogoś, kto Cię wspiera.

No dobra – było rodzinne wyjście, było wyjście we 2, ale co ze mną?:) Czy matka może wyjść sama bez wyrzutów sumienia? Ano może i nawet powinna! To był moje kolejne postanowienie związane z macierzyństwem. Jeszcze przed porodem mówiłam mężowi – ‘pamiętaj, że to nasze wspólne dziecko i każdy z nas będzie potrzebował czasu tylko dla siebie. Ja nie chcę rezygnować z kawy z przyjaciółką od czasu do czasu”. W pierwszym miesiącu może to być trudne, ale teraz już lepiej znam naszą córeczkę, więc niektóre rzeczy są po prostu łatwiejsze.

Na przykład jeżdżenie samochodem na zakupy. Czy się boję? A czego mam się bać?:) Biorę małą do nosidełka, zapinam w aucie, jest bezpieczna i możemy śmigać. Moje chodzenie z małą i jednoczesne dźwiganie siatek może wygląda komicznie, ale nie jest niemożliwe :). A dzięki temu my mamy w domu zawsze świeże warzywa, owoce i mięso! I tutaj znów – trzeba wyjść ze swojej strefy komfortu. Mogłabym przecież zrobić listę zakupów mężowi i mieć to gdzieś, ale… nie chcę. Lubię zrobić to sama. Nie będę przecież czekać na chłopa, żeby kupił mi drożdżówkę, którą mam ochotę zjeść do południowej kawki. To nic, że na początku będziecie kląć na producenta nosidełka i denerwować się, że wszystko trwa dwa razy dłużej :).

A co ważniejsze – wcale nie uważam, że facet gorzej zajmuje się dzieckiem. Ba, mój mąż jest w tym świetny! Każdy tata powinien zajmować się sam swoim maleństwem – tak tworzy się więź :). Rodzicielstwo to nie tylko zadanie dla mam. To wspólna “praca” dla obojga, więc drogie kobiety – nie bierzcie wszystkiego na siebie.

I tego się trzymam. I dlatego umówiłam się z przyjaciółką na kawę, a córkę zostawiłam z tatą. I co? I nic! NIC się nie stało. Świat się nie zawalił, mąż dał sobie radę, a malutka była bezpieczna. A ja? Ja czułam się cudownie. Wróciłam zrelaksowana, odprężona i stęskniona! Każda mama potrzebuje czasu dla siebie – spotkania z kumpelą, wyjścia do fryzjera czy kosmetyczki. To jest normalne i naturalne. To wcale nie oznacza, że nie kochasz swojego dziecka, żałujesz nowej sytuacji czy jesteś niezadowolona ze swojego obecnego życia. To pozwala zachować Ci zdrowie psychiczne (żartuję!:)). Samotne wyjście dla Ciebie to szansa, żeby się zrelaksować i odpocząć, by wrócić do swojego malucha i przekonać się, że właśnie tego chciałaś. Szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko 🙂

Dodaj komentarz