Dlaczego moje problemy są ważniejsze?

Moje ( nie tylko) życie to sinusoida. U mnie dzieli się to na kilka etapów: “chujowo, ale stabilnie”, “wielka depresja” i “wielkie bum”. Nie ma w nich nic szczególnego. Myślę, że codzienność większości ludzi polega dokładnie na tym samym. Nie zastanawiają się, czy są szczęśliwi czy nie, po prostu żyją. Ja mam inaczej. Wynika to ze specyfiki mojego porąbanego charakteru, którego sama nie potrafię czasem ogarnąć.

Ja wszystko analizuję. I,gdy piszę “wszystko” naprawdę mam na myśli “wszystko”. Zastanawiam się nad każdym zdaniem i słowem, które ktoś do mnie napisze. Rozkminiam, co może mieć na myśli. Myślę nad tym, czy jak ktoś mówi, że żartuje, czy naprawdę tak jest. Doszukuję się wszystkiego, co najgorsze. Ze wszystkich sił chciałabym innym dogodzić a, że rzadko mi się udaje, to dodatkowo rozkładam na czynniki pierwsze, co robię źle. Ja wiem, że ludzie tego nie robią. Ja często stawiam sobie pytanie ” czy jestem szczęśliwa”? Analizuję to pod każdym względem. 9/10 przypadków kończy się odpowiedzią “nie”.

 

Nie jestem szczęśliwa z własnej winy. Wynika to z tego, że jestem typem wiecznie marudzącym i niezadowolonym. Wszędzie widzę czarne scenariusze i rzadko kiedy zakładam, że coś mi wyjdzie. Łatwo się denerwuję i wpadam w złość z zupełnie błahych, durnych powodów. Wytrącają mnie z równowagi rzeczy małe i nieistotne. Nie umiem docenić tego, co jest teraz, bo ciągle chcę tego, co ma nadejść.

Jednak najważniejszym powodem, dla którego jestem ciągle nieszczęśliwa, to porównywanie się do innych. Robię to ja i robicie to Wy. Jestem o tym przekonana. Większość z nas nieświadomie stawia siebie w porównaniu do innych. Ja też to robię. Nie z zazdrości, czy zawiści. Chociaż pewnie czasami też tak jest, ale trudno mi się do tego przyznać. Komu nie byłoby trudno się przyznać do tak podłych cech? Ja uważam, że mam gorzej niż każdy inny. Porównuję się do innych i mam wrażenie, że każdy ma cudowne, piękne życie. Zdaję sobie sprawę, że tak nie jest, bo każdy ma swoje problemy. Zdaję sobie sprawę, że trzeba “założyć czyjeś buty” i wtedy można zrozumieć jego życia. Pomimo tego, że ja to wszystko wiem, to nie potrafię sobie poradzić z myślą, że inni mają łatwiej, lepiej.

 Rozczulam się nad sobą. Jestem mięczakiem. Nie umiem docenić tego, co mam. Jestem niewdzięczna.

Zanim mnie osądzisz, zastanów się – ile razy w myślach pomyślałeś “ale on ma fajne życie, ja mam trudniej?”. Zazdroszczę Ci, jeśli tego nie robiłeś.

Moje problemy wcale nie są ważniejsze od Waszych. Z całą pewnością moich “problemów” ogromna część z Was nie nazwałaby nawet niewielką przeszkodą. Jednak dla mnie są one ogromne. Są tak ważne, duże, że blokują mnie w byciu szczęśliwym. Właśnie dlatego ja i każdy z Was często ( i jestem o tym przekonana) będzie uważał, że to właśnie on jest poszkodowany. Nie, nie wynika to ze złośliwości. Nie wiem z czego to się bierze. Nie mam pojęcia. Bo ja naprawdę chciałabym lekceważyć wszystko i mieć w dupie, i po prostu cieszyć się z każdego dnia. A nie potrafię.

Mam 25 lat i w w tym wieku jestem na dobrym etapie swojego życia. Podświadomie gdzieś tam, głos z tyłu głowy mi o tym przypomina. Jednak zagłusza go następny, głośniejszy, który próbuje mi wmówić, że nie mam przecież wszystkiego. Ale czy trzeba mieć wszystko, żeby być szczęśliwym?

Pewnie niektórzy powiedzieliby  mi, że szczęścia idzie się nauczyć, idzie je przyciągnąć, że wystarczy zmienić nastawienie. Mają 100% racji! Wiecie skąd wiem? Bo, gdy sinusoida mojego życia wskazuje “wielkie bum” wtedy jest naprawdę  WOW! Jestem totalnie innym człowiekiem. Działam, wierzę, śmieję się, myślę pozytywnie i niczym nie przejmuję. Obecnie jest z tym ciężko, ale mam nadzieję, że za chwilę nastąpi zmiana. Wiecie, jak to jest z babami. Wieczne PMS :).

Jest jeden morał tego wpisu – MUSISZ, ale naprawdę MUSISZ zmienić swoje nastawienie. Ja doskonale wiem o tym, jakie błędy popełniam i jakie myślenie wywołuje u mnie złe emocje. Chciałabym sobie żyć, niczym się nie martwiąc ( chociaż ja się martwię WSZYSTKIM, absolutnie WSZYSTKIM), nie planując niczego ( chciałam zaplanować co do minuty playlistę na nasze wesele – deal with it) i nie zastanawiając się, co będzie jutro (Marcin a w październiku 2017r. pomalujemy już ściany naszego nowego domu czy jeszcze nie). Przede wszystkim mój cel na najbliższy czas – nie przejmować się i mieć wszystko w dupie. Bo wiecie, co? Moje doświadczenie mówi o tym, że ludzie, którzy wszystko olewają, na niczym im nie zależy wychodzą na tym najlepiej. A, że ja jestem nadgorliwa, męcząca i czasem za bardzo absorbująca, to mam nauczkę!

Dodaj komentarz