Dlaczego nie mam czasu wolnego?

“Jeszcze się napracujesz, korzystaj z życia, póki możesz” – te słowa rodziców pamiętam do dziś. Tyle, że teraz nabierają prawdziwego, namacalnego znaczenia. Tylko, że teraz nie mogę korzystać z życia na 100%. Co więcej, nawet nie miałabym na to czasu. Wierzę jednak, że wszystko to, co robimy przynosi rezultaty. Szczególnie wtedy, jeśli robimy to w konkretnym celu.

Przez całe moje dzieciństwo, szkołę i studia miałam… łatwo. Naprawdę łatwo.

Miałam ten przywilej (tak to był przywilej, za który jestem wdzięczna rodzicom), że nie musiałam pracować na studiach. Pierwsze lata minęły mi zatem na beztroskim, studenckim życiu. Dziękuję, że mogłam tego doświadczyć i doceniam, że nie byłam  zmuszona prosto z zajęć latać na wieczorne zmiany w barze. Mogłam sobie pozwolić na lekkie i przyjemne życie.

Ktoś mógłby powiedzieć, że przez to nie jestem nauczona pracy, bo byłam rozpieszczaną gówniarą. A  wcale tak nie jest. Pomimo tego wykształciłam w sobie ogromny szacunek do pracy.  Pracy, jako źródła do realizacji i spełniania swoich marzeń. Ale też pracy, jako ostoi bezpieczeństwa w dorosłym życiu. I chociaż już dawno przysłowie “ciężką pracą ludzie się bogacą” przestało mieć odzwierciedlenie w rzeczywistości, to jestem przekonana, że wysiłek, dążenie do celu i ogromny upór przynoszą efekty. Prędzej czy później musi Ci się to opłacić.

 

Pracuję po to, żeby żyć (nie egzystować), a nie żyję po to by pracować. Oznacza to, że wszystko, co robię jest jedynie sposobem do zrealizowania moich marzeń i planów, nie zaś wartością samą w sobie.  Wiem, po co haruję jak wół. Nie sprawia mi to przecież satysfakcji, ale daje pieniądze.

Niestety nie wiem czym jest work-life balance, nie potrafię znaleźć złotego środka. Albo pracuję i działam na 100% albo dopada mnie całkowity leń i nie robię absolutnie nic, chociaż rzadko kiedy mogę sobie na to pozwolić. Życie jest sztuką wyborów. Ja sama dokonałam takiego  i każdego dnia przeklinam się za to. Jednocześnie umiem wyjaśnić to tylko jednym zdaniem “ciągnie do hajsu, a jak nie ma ciągnąć?”. Czyli pieniądze. Tak moi kochani, jak zawsze chodzi o pieniądze. A zaliczam się do grupy osób, które otwarcie i głośno mówią, że kasa jest ważna, że kasa daje szczęście i, że kasa to jest to, co nakręca mnie do działania. Nigdy tego nie ukrywałam i nie zamierzam robić tabu z tego, że zapieprzam dla pieniędzy. Po prostu. Nie wymyśliłam jeszcze genialnego sposobu zostania milionerką. Nie wypracowałam sobie pasywnych dochodów (jeszcze!) i nie zarabiam oszałamiających pieniędzy na etacie. To wszystko sprawia, że haruję jak wół na więcej. Nawet jeśli to więcej oznacza mozolne, powolne skubanie i odkładanie każdego grosza. Nawet, jeśli momentami jest ciężko, jestem zmęczona psychiczne i mam ochotę się rozpłakać, to wiem, że na to swoje “więcej” ZAROBIĘ. Nie ukradnę, nie dostanę w spadku i nie będę czekać aż mi z nieba kasa spadnie, tylko wezmę się do roboty i po prostu ZAROBIĘ.

Dlatego nie mam czasu wolnego.

Od kilku miesięcy zapomniałam, co to jest czas wolny, czas dla siebie. Wszystko robię w biegu i dostosowuję do mojego kalendarza. Z przyjaciółką umawiam się jak na wizytę do stomatologa i zapisuję 2 tygodnie naprzód. Żeby gdzieś po drodze mi to nie wypadło z głowy, ale żeby wyjść do ludzi. W tygodniu nie oglądam seriali, nie chodzę po sklepach, nie włóczę się po mieście, nie nudzę się popołudniami, chociaż tak bardzo bym tego chciała. Nauczyłam się gotować obiad pomiędzy jednym zleceniem a drugim. Jedną ręką mieszam w garnku, drugą wysyłam maile. W międzyczasie opróżniam zmywarkę i wracam z kompem do biurka. Około 00:00 znajduję 20 minut w trakcie kąpieli, żeby poczytać. Bez czytania dostałabym na głowę.

Dlatego, za przeproszeniem, chuj mnie jasny strzela, gdy ktoś mówi do mnie ” jak można nie mieć czasu na sprzątanie” lub “nie przesadzaj”. Zapraszam zamień się, bo nie ściemniam. Doba ma tylko 24h i w momencie, gdy Ty przychodzisz do domu i włączasz sobie ukrytą prawdę w telewizji, inni robią coś, by być być lepszą wersją siebie, by się realizować, by mieć więcej.

Sama sobie ten los zgotowałam i sama muszę sobie z tym poradzić. Moje dodatkowe zlecenia nie mogą być moją wieczną wymówką, a komputer nie może mi zastępować całego życia. Wiem to. Ale jeszcze tylko troszeczkę :). Zawsze zostaje sobota i niedziela, które są świętością.

Jest 23:30, muszę ugotować kaszę do gulaszu, wziąć relaksująca kąpiel i poczytać Cień Góry.

Was zostawiam z ostatnim zdaniem: warto się poświęcać, żeby spełniać marzenia, ale po drodze nie można zgubić radości z życia i czasu, żeby cieszyć się tym życiem i marzeniem.

Dodaj komentarz